Wielu żołnierzy niemieckich odmawiało wykonania niedorzecznych rozkazów, za co byli albo rozstrzeliwani, albo trafiali do więzień. Budowniczy walu atlantyckiego, doktor Tood był obiektem zazdrości, ale w 1942 roku los przestał mu sprzyjać. Nigdy nie dowiedziano się, czy takie były rozkazy, czy rzeczywiście doszło do wypadku, zwłaszcza, że Tood miał znakomite stosunki z Hitlerem, który ufał mu bezgranicznie, zwłaszcza, że to Tood stworzył całą infrastrukturę, zapewnił energię, wodę. Katastrofa lotnicza, w której zginał do dziś pozostaje zagadką, ale organizacja Tooda działała nadal, ale Hitler i wal atlantycki stracili główną podporę. Pojawiały się sygnały o braku jedności na górze. Podczas, gdy propaganda przedstawiała wal, jako fortecę nie do zdobycia, wojskowi spierali się o kompetencje. Wydawałoby się, że dyktatura umacnia sztywne hierarchie, ale tak nie było. Zapanowało zamieszanie, bo Hitler nie chciał, aby ktoś inny zyskał zbytnio na znaczeniu; rywalizowano o wpływy, mówiono, że pojawiają się naśladowcy Hitlera. Każdy chciał wywalczyć dla siebie jak największą autonomię. Chaos na górze doprowadził do różnicy zdań, dotyczących organizacji obrony i podziału zadań wzdłuż walu. Może, gdyby wszystko pozostało w jednych rękach, budowa potoczyłaby się znacznie szybciej, ale tak niestety się nie stało.
Strach przed aliantami.
Dowództwo wojsk alianckich wiedziało coraz więcej na temat strategii obronnej Niemców. Londyn poprosił ruch oporu o informacje i otrzymał je. Przy budowie walu pracowali robotnicy różnych narodowości. Niemożliwe było utrzymanie czegokolwiek w tajemnicy. Francuscy inżynierowie pracowali w niemieckich biurach, a działacze ruchu oporu byli zatrudnieni przy budowie bunkrów. Informatorów werbowano spośród robotników, budujących bunkry wzdłuż belgijskiego wybrzeża, ale nie tylko. Wielu podejmowało ogromne ryzyko. Wybierano również osoby godne zaufania, i kogo należy się wystrzegać. Znane było położenie wszystkich bunkrów. Sporządzano dokładne mapy, a potem łącznik dostarczał je wraz z dokumentami do Londynu. Alianci sprawdzali czujność oddziałów niemieckich: od marca do sierpnia 1942 roku komandosi przeprowadzili ataki na Sanzar i Giep. Zginęło wtedy wielu żołnierzy, natomiast wal atlantycki pozostawał nienaruszony. Niemcy zmusili przeciwników do odwrotu, ale strach przed aliantami, którzy mieli lądować w pobliżu portów narastał. Był to kolejny blond strategiczny Niemców, zwłaszcza, że niemieccy wojskowi skupili się na portach; nie wyobrażali sobie, by nieprzyjaciel mógł opanować przyczulek gdziekolwiek indziej. Nigdy nie brali pod uwagę plaż Normandii i to ich zgubiło i żądało druzgocącą klęskę.
Brak spójności.
Potęgowała się niezdrowa rywalizacja między organizacją Tooda, a silami zbrojnymi. Feldmarszałek von Rushted, naczelny dowódca frontu zachodniego całkowicie sobie z tym nie radził. Jako naczelny dowódca frontu zachodniego miał pod dowództwem jednostki lądowe, a dywizje i sztab nie miał natomiast wpływu na siły powietrzne, marynarkę wojenną, jednostki SS, czy tez dowódcę wojskowego Francji. Nastąpił podział władzy, co spowodowało negatywne konsekwencje. Wiele pytań pozostawało bez odpowiedzi: co robić w razie inwazji?, ostrzeliwać żołnierzy na lądzie, czy raczej statki, którymi przypływają?. Zupełnie było brak jednolitych wytycznych. Dwudziestego ósmego października 1943 roku napisał krytyczny raport do Hitlera. Hitler potraktował obawy von Runshteda poważnie: wal atlantycki potrzebował nowych strategów. Piątego listopada 1943 roku dowódcą walu atlantyckiego został mianowany Erwin Rommel, któremu kilka miesięcy wcześniej Hitler wręczył buławę marszałkowską. Rómmel był żywą legendą: jego przybycie zrobiło wrażenie, zarówno i na swoich i na wrogach. Rommel ciągle jeździł, przeprowadzał inspekcje i wydawał odpowiednie rozkazy, a to było imponujące. Był także bardzo rozczarowany tym, co zobaczył. W związku z niejasną strukturą dowodzenia oraz rozbieżnymi poglądami armii i marynarki wojennej widział brak spójności.